Magisterka we Francji

Temat przeniesiony do archwium
Witam! Przyszła mi do głowy taka myśl aby wyjechać na studia magisterskie do Francji. Obecnie jestem na studiach inżynierskich GEODEZJA GÓRNICZA. Chciałbym kontynuować naukę w Le Mans na ESGT. Ktoś ma jakieś doświadczenia zwiazane z tą uczelnią? Jak we Francji wygląda uznanie polskiego dyplomu inżyniera i dopuszczenie na studia magisterskie? Przeszukałem dużo for, stron i różne opinie są na ten temat dlatego pytam i tutaj :)
A po francusku gawarisz?
Ucze się tak z 15 lat ;) Planuje po skończonej inżynierce rok przerwy i wtedy osiąść w tym Le Mans. Najpierw porzadnie przyswoić język, ogarnąć nową rzeczywistość i na spokojnie po 1,5 roku pobytu zacząć studia. INŻ kończy się w lutym w PL a tam bym zaczął w nastepnym roku we wrześniu o ile się dobrze orientuje. Myśle, że bym się dogadać dogadał, bo również piszę z kilkoma francuzkami na codzień. Wiadomo największy problem to zacząć mówić, potem to już z górki ;)
edytowany przez ComteMichel: 16 mar 2014
A może zamiast robić przerwę pojechałbyś na jakąś wymianę?
Nie mam żadnej możliwości wymiany z krajami francuskojezycznymi. Druga sprawa to wiem jak te wymiany wyglądają więc nie widzę sensu tracić roku. A przerwa jest według mnie najlepszym wyjściem, ponieważ pozwoli i oswoic się z nową rzeczywistością i zarobić trochę grosza..
To, jak wygląda wymiana, zależy tylko od Ciebie. Ale każdy robi, to co lubi - dla jednych stratą czasu wymiana, dla innych roczne "ogarnianie rzeczywistości". Myślę, że łatwiej jest zdać mastera z wcześniejszym doświadczeniem na uczelni niż bez niego. Ale skoro nie masz takiej możliwości, no i wiesz lepiej, to pewnie jest to strata czasu.
Mniemam, że na stronie internetowej uczelni zostały umieszczone pewne informacje oraz numery telefonów i adresy mailowe, z których możesz skorzystać i zadać swoje pytania u źródeł...?
Albo pomogą Ci Twoje "francuzki" z którymi piszesz "na codzień" :)
Powodzenia, nie znam się, nie odzywam się!
Kiedyś był większy problem z tym, ale po reformie bolońskiej jest dużo łatwiej o uznanie polskiego dyplomu, między innymi dzięki kredytom ECTS.
Ewentualnie – jeśli będą duże różnice między tym, o czym się uczyłeś a programem docelowych studiów – mogą kazać ci zaliczyć jakieś dodatkowe przedmioty, a jak będzie ich dużo, to mogą cię wysłać na coś takiego jak "année préparatoire".
Ale najlepiej będzie i tak poszukać u źródeł, tak jak ci radzi sommeil (parce que la nuit porte conseil yyyy???).
Dokładniej zależy od wykładowców :) bo zazwyczaj erazmusy są traktowe tylko jak zwierzeta w zoo, przyjadą, popatrzy sie i pojadą, a semestr zaliczony. Zero sprawdzania efektow, aż można się odzwyczaić od nauki. Tylko zdanie semstru i cześć, co kto lubi.
Zgadzam się że łatwiej zdać MAGISTRA(przypominam że to polskie forum i to słowo ma polski odpowiednik) mając doświadczenie już na tej uczeli ale do odważnych świat należy ! ;)
A co do fracuzek o których tak ironicznie sie sommeil wypowiadasz to nie wiem ma ci ich skany dowodów poslać ? Myśle że one raczej nie pomogą bo ja też nikomu z zagranicy na te pytania bym nie odpowiedział. Oczywiście już z nimi na ten temat rozmawiałem, a dokładniej, żebyś się nie mogła przyczepić, to PISAŁEM NA FACEBOOK.
Humpetej- dokładnie spodziewam się tego własnie roku przygotowania, nawet u nas przy zmianie wydziału nie rzadko robi się RÓŻNICE PROGRAMOWE. Dlatego głównie szukam ludzi którzy już przez to przechodzili bo tyle to i ja wiem :) Ale dziękuję wam za pomoc jak byście się coś nowego dowiedzili, bądź mieli inne pomysły to oczywiście zapraszam do podzieleni się nimi tutaj.
Dziękuję za informację o "magistrze". Master nie zawsze jest tym samym, stąd zapożyczenie, ale jestem szalenie wdzięczna za tę uwagę. W ramach rewanżu pragnę poinformować, iż w języku polskim słowa "francuzki" oraz "na codzień" nie istnieją. Nie była to więc ironia dotycząca Twych koleżanek, lecz Twojej ortografii.
A, i jeszcze jedno: "Facebook" podlega odmianie przez przypadki, więc "pisałem na Facebooku" :)
Jako zwierzę w ZOO nikt mnie nie traktował, chodziłam na konsultacje i napisałam pół magisterki. Ale pewnie coś mnie ominęło. Powodzenia!
Co do Erazmusów tzw., to ja też nie widziałem jakiegoś specjalnego traktowania przybyszów z innych krajów. Na mojej alma mater mogli mieć słowniki dwujęzyczne podczas egzaminów (w przeciwieństwie do reszty studentów), ale wydaje mi się, że na tym taryfa ulgowa się kończyła.
No to mamy całkiem odmienne doświadczenia, u mnie Erazmusy to są traktowani jak goście. Chodzą na zajęcia kiedy chcą, a kiedy nie chcą nie chodzą. Ciężko jest ich spotkać trzeźwych :) ogólnie strach o ich wątroby. Niezależnie czy hiszpanie, czy turasy. A zaliczenia oczywiście wszyscy mają.
Znowu doświadczenia kolegów z wyjazdów do hiszpani to głównie siedzenie i patrzenie w sufit na wykładach i wieczorne picie. Dzień jak co dzień. Wykłady mieli mieć po ang ale wiadomo, że w Hiszpani to się mówi po hiszpańsku i w takim języku były jednak prowadzone :). Z opowieści jednego z doktorów słyszałem o Portugalii i to wygląda dokładnie tak samo z tą różnicą że tam mniej wykładów mieli a więcej czasu wolnego.
Dlatego podtrzymuję zdanie, że wszystko zależy od prowadzących. Someil miałaś po prostu dużo szczęścia :)

A jaka jest liczba mnoga słowa "FRANCUZKA" ?:> bo że na co dzień to sam wiem :)
Francuzki, z wielkiej litery. Myślę, że o to chodziło sommeil.

P.S. à propos "turasów": wystrzegałbym się pogardliwych nazw nacji jeśli się wybierasz do Francji. Wszelkiego rodzaju objawy rasizmu i/lub ksenofobii są dużo gorzej odbierane niż w Polsce.
W innych językach na szczęście nie znam takich nazw ale dla mnie nie są one pogardliwe. Podobają mi sie takie określenie jak turasy, szwaby, polaczki, żabojady... Za dużo do okoła tej pieprzonej politycznej poprawności. Na szczęście u nas nie jest to takie jeszcze "rozwinięte".
A w innych krajach wiadomo. Uważam że jak ktoś przyjeżdża do obcego kraju to się musi dostosować, jeżeli tam to nie jest akceptowane to trzeba z tego zrezygnować ;)
Jeszcze takie podsumowanie wątku ERAZMUSA, tak dla osób, które będą zaintersowane i będą przeglądać ten wątek. W ostatnim tygodniu u mnie na uczeli bylo zebranie własnie dotyczące wyjazdów na erazmusa. Głównie polegało na tym że osoby które już były, opowiadały jak tam było.
Ogólne wnioski:
1) take jak mówiłem wszystko zależy od wykładowców. Na 8 prezentacji tylko jedna osoba mówiła o jakiś egzaminach itp. Większość osób zaliczenie miało na zasadzie napisać pracę na jakiś temat i czas ok dwóch miesięcy na napisanie tego. A reszta miała jakieś proste kolokwia egzaminy pisane oddzielnie od reszty studentów na zasadzie nauczcie sie 10 definicji coś tam wam wybierzemy. Oczywiście każda osoba była z innej uczeli.
2) utrzymanie. Muszę przyznać że za te 300/400 € miesięcznie to, wydaje mi się że, cięzko byłoby się utrzymać w krajach zachodu. Moim zdaniem lepszą opcją na erazmusa są kraje wschodu jak Czechy, Bułgaria czy Turcja itp.
3) imprezy. No dla osób które planują roczne wakacje polecam :D szczególnie Czechy. Tam imprezy przekraczały ludzkie pojęcie, wiadomo alkohol + legalne ziółka działały cuda.
4) wspomnienia. Bajka.
5) średnia. Mało się o tym mówi ale trzeba mieć średnią 4,0. Przynajmniej u mnie na uczelni. Dlatego nie rozumiem organizowania tych spotkań gdzie 3/4 osób miało średnią poniżej tej granicy. Oczywiście mówię o politechnice, a nie jakiejś śmiesznej socjologi czy innej filologi, gdzie średnia wydziału to 4,5.
6) koszty. Jeszcze tak co do kosztów życia to oczywiście mieszkanie jest do opłacenia z tych 400€ dlatego mówiłem w punkcie drugim że cięzko jakoś DOBRZE z tego żyć. Jeżeli ktoś przyzywczajony do studenckiego budżetu, to myśle, że nie będzie miał problemów. Chociaż trzeba liczyć że tam jest wszystko 4 razy droższe. Mając 300 € dać 200 € za mieszkanie i zostaje 100€ na miesiąc jedzenia, imprezowania i zwiedzania. Trochę krucho.
Zgadzam się z powyższym. Wyjechałam dostając na konto 1500€ - na 6 miesięcy życia, podróż i czynsz x 7 (kaucja!) - wtedy wynosił 120€ za akademik z karaluchami;) Wzięłam oczywiście oszczędności, ale prawdą jest, że trzeba było zaciskać pasa. Spotkałam 2 typy "erazmusów": wciąż imprezujący oraz chcący się czegoś nauczyć. I akurat otoczona byłam przez tych drugich, bo też miałam podobny cel. Imprezy były naokoło, ale nikt mnie do nich nie zmuszał. Niemniej, rozmawianie z sąsiadami z akademika tak naprawdę nauczyło mnie mówionego francuskiego i uważam to za bezcenne. Ok, w ramach kolacji piliśmy wino o tajemniczej nazwie "vin de table" w cenie 0,99 €, ale... było warto. Bo cała reszta: godziny na uczelni, na zajęciach po francusku i po angielsku, i na zajęciach z FLE naprawdę nauczyłam się wiele. Szczególnie pisząc zadania domowe, syntezy, teksty argumentacyjne... Słowem: można to uznać za w pełni pozytywne doświadczenie. Zwłaszcza, że pomogło mi znaleźć pracę we Francji rok później.
Inna ważna rzecz: istnieje nie tylko Erasmus.
Pewnie, że z pewnych względów lepiej jest wyjechać na rok i pracować. Tylko że gdy sama zaczęłam pracować, już nie chciało mi się wracać na uczelnię (na doktorat). Poza tym założenie "wyjadę do pracy" może niestety przynieść sporo rozczarowań... bo róźnie z tą pracą bywa.
Temat przeniesiony do archwium

« 

Ogłoszenia

 »

Pomoc językowa